Opowieści kobiet, które menopauzę mają już za sobą

Przeczytaj, co o menopauzie i swoich doświadczeniach mówią kobiety.

Rozmawiałyśmy z wieloma kobietami o ich przeżyciach, objawach i o tym, jak transformacja menopauzalna wpłynęła na ich życie.

Wybrałyśmy osiem rozmów, które pokazują, jak różnorodne i zaskakujące może być doświadczenie menopauzy.

Rozmowa 1

Menopauza to nie koniec. To może być początek nowego życia

Rozmawiamy z kobietą, która menopauzę przechodziła wiele lat temu. Wspomina ten czas jako jeden z najtrudniejszych okresów swojego życia. Dziś, z perspektywy czasu, mówi jednak także o wolności, nowych możliwościach i życiu, które po menopauzie może zacząć się na nowo.

Pamięta Pani swoją menopauzę?

Bardzo dobrze. Powiedziałabym nawet, że pamiętam ją jako koszmar tamtego czasu.

Przede wszystkim dlatego, że menopauza nie zaczyna się nagle. To nie jest tak, że pewnego dnia kończy się miesiączka i wszystko jest załatwione. U mnie pierwsze objawy pojawiły się dużo wcześniej.

Zaczęłam na przykład tracić pamięć. Wchodziłam do sklepu i nagle nie wiedziałam, po co tam przyszłam. Najgorsze było to, że zaczynałam się wtedy bardzo denerwować. Robiło mi się gorąco, oblewała mnie fala potu, a ja stałam między regałami i próbowałam sobie przypomnieć, czego właściwie potrzebuję.

Pamiętam, że mówiłam do siebie: „Po coś tu przecież przyszłaś”.

Do tego dochodziły ogromne uderzenia gorąca. Potrafiłam być cała mokra – jakbym właśnie wyszła spod prysznica. To było bardzo niekomfortowe i krępujące. W pewnym momencie zaczęłam się nawet wstydzić wychodzić z domu, bo nigdy nie wiedziałam, kiedy to się wydarzy.

Co było dla Pani najtrudniejsze?

Zdecydowanie uderzenia gorąca, problemy z pamięcią i bardzo nieregularne krwawienia.

Człowiek cały czas jest podenerwowany, bo nie wie, kiedy znowu coś się wydarzy. Kończy się miesiączka, a za chwilę znowu się pojawia. Do tego nagle robi się gorąco, człowiek czerwienieje, poci się.

To bardzo wpływa na psychikę. Miałam też huśtawki nastrojów. Potrafiłam przejść z bardzo dobrego, wręcz euforycznego nastroju do stanu, w którym było mi naprawdę źle.

Nie mogłam spać. Byłam tak bezsenna, że zdarzało mi się prasować w środku nocy – trzy, cztery razy, choć wcale nie było takiej potrzeby. Po prostu musiałam coś robić, żeby przetrwać noc. Byłam zmęczona, niewyspana, zła i wściekła. Miałam poczucie, że nikt naprawdę nie rozumie, co się ze mną dzieje.

Także bliscy?

Tak. Mąż nie bardzo rozumiał, co się ze mną dzieje. Miał wrażenie, że coś sobie wymyślam, że się czepiam. W pracy też nie było łatwo. Pracowałam głównie z mężczyznami i zdarzały się komentarze w rodzaju: „Co, menopauzę masz? Weź się w garść”. To było bardzo przykre.

Kobieta słyszy taki komentarz i zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście przesadza. A przecież ona naprawdę źle się czuje. Zresztą nie tylko mężczyźni nie rozumieli. Kobiety również potrafią nie mieć zrozumienia dla innych kobiet. Jeśli same czegoś nie doświadczyły albo przechodziły menopauzę inaczej, trudno im czasem uwierzyć, że dla kogoś może to być naprawdę trudny czas.

Szukała Pani pomocy?

W pewnym momencie wiedziałam, że sama sobie nie poradzę. Poszłam do lekarza pierwszego kontaktu. Zrobiono mi badania, ale właściwie usłyszałam: „Jest pani w tym wieku, czego się pani spodziewa? Taki czas trzeba przeżyć”. Dostałam zalecenie przyjmowania suplementów i właściwie na tym się skończyło. Poszłam też do ginekologa, ale wtedy możliwości pomocy były znacznie mniejsze niż dzisiaj. Nie miałam poczucia, że istnieje jakiś cały system wsparcia dla kobiety przechodzącej menopauzę. W końcu poszłam do psychologa. To była jedna z najlepszych rzeczy, jakie mogłam wtedy zrobić.

Skąd pomysł na psychologa?

Po prostu wiedziałam, że muszę sobie pomóc. Pomyślałam: jeśli sama sobie nie poradzę, to nikt za mnie tego nie zrobi. W tamtym czasie korzystanie z pomocy psychologicznej nie było jeszcze czymś oczywistym. Ludzie często się tego wstydzili. Miałam jednak znajomą, która pomogła mi znaleźć odpowiednią osobę. Dzięki kilku rozmowom z psychologiem zaczęłam lepiej rozumieć, co się ze mną dzieje i jak sobie z tym radzić.

To było bardzo ważne.

Co jeszcze Pani pomogło?

Sen. Ogromnie ważne było to, żeby choć raz na kilka dni przespać całą noc. Kiedy człowiek jest niewyspany przez długi czas, wszystko staje się jeszcze trudniejsze. Emocje, pamięć, codzienne funkcjonowanie.

Pomogło mi też wyjście z domu i ruch. Zaczęłam chodzić na gimnastykę. Spotykałam innych ludzi, byłam w innym środowisku, miałam zajęcie. To była taka ucieczka z czterech ścian i z rutyny. Dzisiaj powiedziałabym: nie zamykaj się w domu.

Gdyby mogła Pani przeżyć ten czas jeszcze raz, co zrobiłaby Pani inaczej?

Na pewno nie zamykałabym się w czterech ścianach. Poszłabym wcześniej do ginekologa. Poszukałabym dostępnych wtedy możliwości leczenia i wsparcia. I przede wszystkim skontaktowałabym się z innymi kobietami, bo bardzo potrzebujemy wtedy usłyszeć: „Ja też przez to przechodzę”. Potrzebujemy wiedzieć, że nie jesteśmy dziwne, że nie wariujemy, że to, co się z nami dzieje, ma swoją przyczynę.

Powiedziałabym sobie wtedy coś, co dziś wiem na pewno: nie przestajemy być kobietami. Menopauza nie oznacza końca kobiecości. Nie oznacza końca atrakcyjności, seksu, przyjemności ani życia.

Co dobrego może przynieść menopauza?

Bardzo dużo. Dla mnie po menopauzie zaczęło się właściwie nowe życie. Przede wszystkim pojawia się poczucie wolności. Nie ma już z tyłu głowy obawy przed niechcianą ciążą. Kończą się miesiączki, można też przestać wydawać pieniądze na podpaski.

Chodzi o coś znacznie większego: najczęściej dzieci są już odchowane, możesz mieć więcej czasu dla siebie. Możesz realizować swoje pasje, zainteresowania, marzenia.

To jest twój czas, kobieto! Możesz się rozwijać i korzystać z życia na każdej płaszczyźnie. I naprawdę nie jesteś stara. To może być właśnie kwiat życia.

Czy menopauza coś w Pani życiu zmieniła?

Tak. Paradoksalnie ten trudny czas stał się początkiem dużych zmian. Po menopauzie zaczęłam żyć bardziej dla siebie. Zdobyłam się na odwagę, żeby zamknąć pewien ważny rozdział swojego życia. Zaczęłam mniej przejmować się oceną innych. Chyba właśnie dlatego dziś myślę o menopauzie inaczej. Wtedy wydawało mi się, że świat się kończy, a dzsiaj wiem, że może być dokładnie odwrotnie. To może być początek.

A jak dziś patrzy Pani na stereotyp kobiety w menopauzie?

Najczęściej przedstawia się ją jako sfrustrowaną, wściekłą, humorzastą, wiecznie niezadowoloną. I jeszcze jako zaniedbaną. Trudno się z nią dogadać. Trudno z nią wytrzymać.

A przecież kobieta po menopauzie może być zadbana, atrakcyjna, pięknie ubrana, aktywna i pełna energii. Kobiety po menopauzie kwitną.

Mam wrażenie, że problem polega na tym, że ciągle patrzymy na kobietę przez pryzmat biologii. Jeśli jest młoda – pytamy, czy ma okres. Jeśli jest w wieku menopauzalnym – mówimy, że „na pewno ma menopauzę”. Jak jest starsza, to oczekujemy, że powinna już siedzieć w domu. A przecież kobieta jest kobietą przez całe życie.

Co najbardziej Panią zdziwiło w doświadczeniu menopauzy?

Obojętność innych. To, że tak wiele osób podchodziło do tego lekceważąco. Również lekarz, który mówił: „Taki czas. Trzeba przeżyć”. To było chyba najbardziej przykre. Miałam poczucie, że jestem zdana na siebie. Że muszę sobie jakoś poradzić. „Radź sobie sama, kobieto. Nie ty pierwsza, nie ostatnia”. Dziś, kiedy o tym myślę, najbardziej chciałabym, żeby żadna kobieta nie musiała już tego słyszeć.

Był ktoś, z kim mogła Pani wtedy rozmawiać?

Z siostrą, z psychologiem, z kilkoma bliskimi osobami. Rozmowy z siostrą były bardzo ważne. Mogłam powiedzieć: „Chyba tracę rozum”, a ona wiedziała, o czym mówię. Ale wtedy nawet kobiety nie rozmawiały o menopauzie tak otwarcie jak dziś. To był temat trochę wstydliwy. Mówiło się o nim ogródkami. Nie było internetu. Nie było kampanii edukacyjnych, plakatów w przychodniach ani łatwo dostępnych materiałów.

Skąd więc czerpała Pani wiedzę?

Głównie ze szkoły – ale tam wiedza była bardzo podstawowa. Właściwie sprowadzała się do informacji, że kończą się funkcje rozrodcze kobiety. Nie było rozmów o tym, co dzieje się z ciałem, psychiką, snem, pamięcią czy emocjami. Były książki, ale nie zawsze dostępne. Trzeba było szukać informacji własnymi kanałami. Dziś jest pod tym względem zupełnie inaczej. Kobiety są bardziej świadome, lekarze inaczej podchodzą do menopauzy, jest więcej możliwości leczenia i wsparcia. I przede wszystkim jest więcej rozmowy.

Gdyby miała Pani stworzyć kartę o menopauzie dla mężczyzn, co powinno się na niej znaleźć?

Powiedziałabym: Spójrz na kobietę inaczej. Nie patrz na nią tylko przez pryzmat biologii. Patrz na nią jak na całość. Bez względu na to, czy ma 20, 40, 50 czy 70 lat. Nie wytykaj jej: „Uspokój się, bo masz menopauzę”. Nie używaj menopauzy jako sposobu na zdyskredytowanie jej emocji, opinii czy zachowania.

Kobieta chce być kochana, chce być atrakcyjna, chce żyć, rozwijać się, mieć przyjemności – i to się nie kończy wraz z menopauzą. A mężczyzna powinien też pamiętać, że jego również czekają związane z wiekiem zmiany. Biologii nikt nie uniknie.

Co powiedziałaby Pani dziś kobiecie, która właśnie przechodzi menopauzę?

Nie zamykaj się. Nie myśl, że świat się kończy. Szukaj pomocy. Rozmawiaj z lekarzem. Rozmawiaj z innymi kobietami. Ruszaj się. Wychodź z domu. I przede wszystkim pamiętaj: jesteś kobietą przez całe życie.

Menopauza nie odbiera ci kobiecości. Nie odbiera ci atrakcyjności. Nie odbiera ci prawa do seksu, miłości, przyjemności, marzeń i nowych początków.

To jest trudny etap, ale on mija. A potem naprawdę można poczuć, że zaczyna się życie na nowo. Nie odkładaj siebie na później. To może być właśnie twój czas.

Rozmowa 2

Myślałam, że tracę kontrolę. Dziś wiem, że przechodziłam zmianę

Rozmawiamy z lekarką, która dobrze wiedziała, czym jest menopauza, a mimo to sama długo nie potrafiła zadbać o siebie. Uderzenia gorąca, bezsenność, rozdrażnienie i poczucie, że przestaje poznawać własne ciało, sprawiły, że czuła się samotna i bezradna. Dziś patrzy na ten czas inaczej: jako na trudne przejście, po którym może przyjść spokojniejsze i dobre życie.

Chciałabym wrócić do momentu, kiedy zaczęła Pani zauważać pierwsze zmiany. Pamięta Pani ten czas?

Tak, bardzo dobrze. To wcale nie przyszło nagle. Najpierw były takie drobne rzeczy, które łatwo zignorować. Większe zmęczenie, szybciej się irytowałam, wszystko mnie jakoś bardziej męczyło. Myślałam: no tak, lata lecą, praca daje w kość, stres jak zawsze. Pracowałam wtedy normalnie, dużo dyżurów, spora odpowiedzialność. Długo sobie tłumaczyłam, że to „normalne”. Dopiero po czasie zaczęłam łączyć kropki.

Co było pierwszym wyraźnym sygnałem, że to coś więcej?

Pocenie się. I to takie… bez żadnego ostrzeżenia. Siedzę, rozmawiam z kimś, spokojna sytuacja, i nagle czuję, że dosłownie spływam potem. Jakby ktoś mnie polał wodą. To było strasznie krępujące. Zaczęłam nosić tylko ciemne ubrania, zawsze miałam w torbie zapasową bluzkę. Jako lekarz wiedziałam dokładnie, co się dzieje, ale jako kobieta… to było bardzo trudne do przyjęcia. Wiedza wcale nie pomagała.

Jak reagowało otoczenie?

Nikt mi nic wprost nie powiedział, ale ja i tak miałam wrażenie, że wszyscy widzą. Albo że zaraz zobaczą. Człowiek wtedy strasznie się zamyka w sobie. Każdy gest, każde spojrzenie zaczyna się analizować. Bardzo nie chciałam, żeby ktoś pomyślał, że sobie nie radzę, że „coś jest ze mną nie tak”.

Pojawiały się inne objawy?

Tak, i to coraz więcej. Zawroty głowy, nagłe osłabienia. Czasem musiałam po prostu usiąść, bo bałam się, że zemdleję. Do tego nerwowość – potrafiłam wybuchnąć o byle co, a chwilę później było mi strasznie głupio. Najgorsze były noce. Budziłam się kilka razy, cała mokra, serce waliło jak szalone, w głowie tysiąc myśli. Rano byłam kompletnie wykończona, jakby mnie ktoś przejechał walcem.

Jak to wszystko wpływało na Pani samopoczucie?

Miałam poczucie, że tracę kontrolę. A ja całe życie byłam raczej poukładana, zadaniowa, ogarnięta. Lubiłam mieć wpływ na to, co się dzieje. A tu nagle ciało zaczęło robić swoje, kompletnie wbrew mnie. To było strasznie frustrujące. I bardzo samotne. Bo niby ludzie wokół byli, ale miałam wrażenie, że jestem z tym sama.

Czy próbowała Pani wtedy szukać pomocy?

Nie od razu. I to jest największy paradoks. Byłam lekarzem, pracowałam w przychodni przy szpitalu, a zupełnie nie umiałam zadbać o siebie. Wstydziłam się. Wydawało mi się, że „powinnam dać radę”, że nie wypada się skarżyć. Dopiero rozmowy z przyjaciółką trochę mnie otworzyły.

Jak wyglądały te rozmowy?

Bardzo zwyczajnie. Bez wielkich słów. Mówiłyśmy wprost: że jest ciężko, że czasem mamy już dość, że czujemy się stare, zmęczone, mało atrakcyjne. Że nie poznajemy siebie. I to było niesamowicie uwalniające. Nikt nikogo nie poprawiał, nie mówił „weź się w garść”, „przesadzasz”. Po prostu mogłyśmy to powiedzieć na głos.

A relacja z mężem w tym czasie?

Trudna. Oddaliliśmy się od siebie. On się trochę wycofał, ja też. Myślę, że oboje nie wiedzieliśmy, jak o tym rozmawiać. Ja nie miałam ochoty na bliskość, źle się czułam w swoim ciele, nie czułam się atrakcyjna. On chyba brał to do siebie, myślał, że to przez niego. Intymność praktycznie zniknęła i nikt nie umiał tego nazwać.

Czy pojawiały się myśli, że to już „koniec” czegoś ważnego?

Tak. I to było bardzo bolesne. Miałam poczucie, że kończy się jakiś etap na zawsze. Że kobiecość, atrakcyjność, energia – wszystko się zamyka. Wtedy naprawdę myślałam, że już tak zostanie. Dopiero z dzisiejszej perspektywy widzę, że to była zmiana, a nie koniec. Ale jak w tym jesteś, to tego wtedy tego nie widać.

Co było momentem przełomowym?

Kiedy objawy zaczęły powoli odpuszczać. Nagle przespałam całą noc. Potem kolejną. Zauważyłam, że mam siłę wyjść na spacer, że znowu chce mi się zadbać o siebie. To nie było z dnia na dzień, raczej krok po kroku. Ale różnica była wyraźna.

Jak zmieniła się relacja z mężem po tym czasie?

Zaczęliśmy rozmawiać spokojniej i dojrzalej, bez pretensji i żalu. Bliskość wróciła, ale inna niż wcześniej. Mniej oparta na samym seksie, a bardziej na byciu razem, na rozmowie, na poczuciu bezpieczeństwa. I powiem szczerze – to było bardzo dobre.

Jak wygląda Pani życie dziś?

Pracuję dorywczo w instytucji kultury i to daje mi radość. Lubię tam przychodzić, słuchać muzyki, spotykać ludzi. Mam swoje koleżanki, z którymi chodzimy na koncerty, rozmawiamy, śmiejemy się. Czuję się potrzebna, ale już nie przeciążona. To zupełnie inna jakość życia.

Jak dziś patrzy Pani na tamten czas?

Z wdzięcznością, chociaż był bardzo trudny. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że po menopauzie może być lepiej, pewnie bym nie uwierzyła. A jednak. Teraz wiem, że to był proces przejścia, a nie porażka.

Co powiedziałaby Pani kobietom, które są dziś w podobnym momencie?

Żeby się nie wstydziły. Żeby mówiły – choćby jednej osobie. I żeby pamiętały, że to się kończy. Naprawdę. I że po drugiej stronie może być dobre, spokojne życie.

Rozmowa 3

Menopauza? U mnie życie po prostu stało się trochę lżejsze

Rozmawiamy z kobietą, która menopauzę wspomina jako spokojny i naturalny etap życia. Nie miała uderzeń gorąca, dużych wahań emocji ani innych dolegliwości. Zamiast poczucia straty pojawiła się ulga – skończyła się miesiączka i związane z nią ograniczenia. Dziś mówi o menopauzie jako o zmianie, która pozwoliła jej poczuć większą swobodę i spokój, i o tym, że nie każda kobieta musi przechodzić przez ten czas trudno.

Chciałabym zapytać o Pani doświadczenie okresu perimenopauzy i menopauzy. Jak Pani je pamięta?

Szczerze? Bardzo spokojnie. Bez jakichś wielkich historii, bez dramatu. Nic spektakularnego się nie działo. Jak teraz słucham innych kobiet, to czasem aż mnie to dziwi, że u mnie było tak… normalnie. Jakby ciało samo wiedziało, co robi. Po prostu jeden etap się kończył i tyle.

Co się wtedy zmieniało?

W zasadzie tylko miesiączka. Najpierw była słabsza, potem coraz rzadziej, aż w końcu zniknęła. I właściwie to był cały temat. Nie miałam uderzeń gorąca, nie latałam od ściany do ściany z emocjami. Funkcjonowałam tak samo jak wcześniej. A nawet miałam wrażenie, że jest mi trochę lżej.


Powiedziała Pani, że czuła się „bardziej sobą”. Co to znaczy?

Bo ja nigdy nie lubiłam menstruacji. Zawsze była dla mnie czymś niewygodnym. Trzeba było o niej pamiętać, pilnować się, planować wszystko pod to. Jak się skończyła, to poczułam ulgę. I to nie tylko fizyczną, ale taką w głowie. Jakby nagle zniknęło coś, co cały czas siedziało z tyłu i męczyło.


Jakiego rodzaju to była ulga?

Bardzo zwyczajna. Taka na co dzień. Że nie muszę się zastanawiać, czy mogę dziś coś zrobić, czy mam wszystko przy sobie. Uwielbiam pływać, a wcześniej zawsze było kombinowanie: czy to dobry moment, czy się da, czy nie. A potem nagle – mogłam iść na basen, kiedy chciałam. Bez tamponów, bez stresu. I to było super. Naprawdę poczułam wolność.

Nie przytyłam, nic mnie nie bolało, nie miałam jakichś nagłych dolegliwości. Czułam się dobrze w swoim ciele. Jakby wreszcie przestało mnie zaskakiwać.

A emocjonalnie?

Też spokojnie. Pracowałam wtedy jako nauczycielka, więc emocji wokół było dużo – dzieci, młodzież, ich sprawy. Ale menopauza nie była żadnym dodatkowym obciążeniem. Wręcz przeciwnie. Miałam wrażenie, że jestem spokojniejsza w środku, mniej się nakręcam.Koleżanki w pracy, niektóre przeżywały to ciężko. Były zmęczone, rozdrażnione, czasem naprawdę na granicy. Dużo o tym mówiły. Ja ich słuchałam i współczułam, ale jednocześnie widziałam, że u mnie to wygląda zupełnie inaczej.

Jak się Pani z tym czuła?

Trochę dziwnie. Jakby nie bardzo wypadało mówić, że u mnie jest w porządku. Czułam wdzięczność, ale raczej trzymałam to dla siebie. Wolałam słuchać niż opowiadać, żeby kogoś nie urazić.

A życie rodzinne?

Mam córkę i syna. Wtedy byli już duzi, więc w domu było raczej spokojnie. Myślę, że oni nawet nie zauważyli żadnej zmiany. Ja byłam taka sama, a może nawet spokojniejsza, mniej zmęczona drobiazgami.

Jak dziś patrzy Pani na menopauzę?

Dla mnie to był po prostu kolejny etap. Nie miałam poczucia, że coś tracę. Raczej że coś się upraszcza.

Czym zajmuje się Pani teraz?

Pracuję w bibliotece. Bardzo mi to pasuje. Cisza, książki, rozmowy bez pośpiechu. Czuję się tam dobrze. Lubię to tempo. Jakby wszystko się trochę wyciszyło.

Wspomniała Pani o córce, która wchodzi teraz w perimenopauzę.

Tak. Widzę, że się martwi, że się boi. Pare razy zażartowała, że się starzeje. Bardzo chciałabym z nią spokojnie pogadać. Powiedzieć jej, że to nie musi być straszne. Że nie każda kobieta przechodzi przez to ciężko.

Co byłoby dla Pani najważniejsze w tej rozmowie?

Żeby ją uspokoić. Zdjąć z niej ten lęk. Powiedzieć, żeby nie porównywała się z innymi i żeby ufała swojemu ciału. Menopauza to nie koniec świata, tylko zmiana. Czasem naprawdę łagodna.

Jak by Pani podsumowała swoje doświadczenie jednym zdaniem?

U mnie to był moment, kiedy przestałam się czymś martwić i zaczęłam żyć trochę lżej.

Rozmowa 4

Dobra lekarka może naprawdę wiele zmienić

Rozmawiamy z kobietą, która menopauzę zaczęła przechodzić wcześnie i przez długi czas nie wiedziała, co właściwie dzieje się z jej ciałem. Pierwsze objawy trudno było jej połączyć z menopauzą, a kiedy w końcu usłyszała diagnozę, była zaskoczona, że to już. Kilka lat później trafiła na lekarkę, która zaproponowała jej HTZ i pomogła odzyskać energię. Dziś mówi o potrzebie badań, rzetelnej wiedzy i przede wszystkim o tym, jak ważna jest osoba, która potrafi wysłuchać, zrozumieć i podpowiedzieć, co można zrobić.

Jak pamięta Pani początek menopauzy?

Miałam około czterdziestu lat i właśnie zaczęłam pracować w teatrze. W pewnym momencie zaczęłam tracić równowagę, nie mogłam przejść prosto. Spędziłam kilka tygodni w szpitalu, badano mnie na wszystkie sposoby, ale nie wiadomo było, co się dzieje. Dopiero teraz myślę, że być może miało to związek z początkiem menopauzy.

W tym samym czasie miesiączki zaczęły być nieregularne. Przez około rok zwlekałam, zanim zapytałam o to ginekologa.

Co usłyszała Pani od lekarki?

Powiedziała, że nic niebezpiecznego się nie dzieje i chyba zaczyna się menopauza. Nie zleciła mi żadnych dodatkowych badań, tylko cytologię, tak jak zwykle.

Pamiętam, że byłam smutna i zaskoczona. Pomyślałam: „To już?”. Lekarka nie powiedziała mi wtedy, że to wcześnie. Nie była dużo starsza ode mnie, więc być może sama jeszcze nie miała doświadczeń związanych z menopauzą. Może też po prostu nie miała mi wtedy wiele do zaproponowania.

Jak się Pani wtedy czuła?

Czułam się wykończona. Było we mnie dużo zniechęcenia, zmęczenia, rozdrażnienia. Dziś myślę, że kobietom często trudno jest powiedzieć: „Źle się czuję, coś się ze mną dzieje”. Wydaje nam się, że są ważniejsze sprawy. Że trzeba po prostu dalej funkcjonować.

Kiedy pojawiła się HTZ?

Dopiero po około siedmiu latach, kiedy zaczęłam pracować w innym miejscu, trafiłam na ginekolożkę, która była zdziwiona, że nie korzystam z HTZ. To ona mnie do niej przekonała.

Zaczęłam brać lek. Poczułam się lepiej, miałam więcej energii. Jeszcze po sześćdziesiątce chodziłam na basen, siłownię i jogę.

Jak wtedy patrzyła Pani na HTZ?

To był czas, kiedy nie było jeszcze tak wielu badań i HTZ nie była uważana za zupełnie bezpieczną. Jedni lekarze zostawiali kobietę z tym problemem, inni coś proponowali.

U mnie nie było żadnych negatywnych skutków. Lekarka nawet nie chciała, żebym przerywała terapię. W pewnym momencie sama jednak chciałam skończyć, bo znowu pojawiło się krwawienie i było to dla mnie męczące.

Dziś namawiałabym kobiety przede wszystkim do badań i rozmowy z lekarzem. Myślę, że ważne jest, żeby wiedzieć, jakie ma się możliwości.

Czy rozmawiała Pani wtedy z bliskimi o menopauzie?

Z mamą tak. Sama miała menopauzę około czterdziestki i bardzo źle ją przechodziła. Miała krwotok, traciła bardzo dużo krwi, przeszła zabieg. Jako dzieci bardzo to z braćmi przeżywaliśmy.

Z mężem właściwie o tym nie rozmawialiśmy. Pytał, dlaczego jestem taka wściekła. Obracał to w żart, mówił „wścieklica”. Nie traktował tego jako czegoś, o czym trzeba poważnie porozmawiać.

Skąd czerpała Pani wiedzę o menopauzie?

W poradniach ginekologicznych było sporo broszur i z nich czerpałam informacje. W tamtych czasach dbano o to, żeby takie materiały były dostępne. Były to małe książeczki czy ulotki.

Dziś oczywiście mamy internet, ale uważałabym, żeby nie szukać wszystkiego po prostu w internecie. Lepszym źródłem są portale medyczne. A jeszcze lepiej byłoby znaleźć osobę, która wysłucha historii, zrozumie, co faktycznie się dzieje, i podpowie, co warto zrobić.

Jakiej osoby potrzebują dziś kobiety?

Empatycznej, doświadczonej i mającej większą niż przeciętna wiedzę. Myślę, że świetną mentorką mogłaby być seniorka ginekolożka.

W mojej miejscowości jest właśnie taka lekarka. Ma około siedemdziesięciu lat, jest aktywna, bardzo mądra i empatyczna. Przychodzą do niej kobiety w różnym wieku. Zawsze mnie wspiera, zleca potrzebne badania, jest bardzo skrupulatna. To jest osoba, której można zaufać.

Czy menopauza nadal jest tematem tabu?

Myślę, że wciąż nie mówimy o niej wystarczająco dużo. Kobiety często nie mówią o złym samopoczuciu. Zmęczenie, rozdrażnienie czy obojętność wobec świata traktujemy jak coś, co trzeba po prostu wytrzymać.

A przecież dobrze byłoby wiedzieć, że można o tym mówić i że można szukać pomocy.

Jak najlepiej rozmawiać o menopauzie?

Myślę, że potrzebujemy różnych sposobów. W mojej miejscowości organizowane są spotkania dla osób w różnym wieku. Spotkanie poświęcone menopauzie też mogłoby być ciekawe. Sama chętnie przyszłabym na takie spotkanie i opowiedziała o swoim doświadczeniu.

Mogłoby być też spotkanie dla kobiet i ich partnerów. Bo przecież menopauza wpływa nie tylko na kobietę.

Przydałyby się też materiały w każdej przychodni – foldery, ulotki, małe książeczki. Dziś mogłyby być również dostępne cyfrowo.

Co powiedziałaby Pani kobiecie, która właśnie zaczyna swoją menopauzalną drogę?

Żeby nie zostawała z tym sama. Żeby zrobiła badania, porozmawiała z dobrą lekarką i poszukała osoby, która naprawdę jej wysłucha. I żeby nie zakładała, że zmęczenie czy rozdrażnienie trzeba po prostu przeczekać.

Rozmowa 5

Nie było kogo zapytać

Rozmawiamy z kobietą, która pierwszych objawów menopauzy doświadczyła około 45. roku życia. Czuła się samotna, bo koleżanki zwykle jeszcze nie były na tym etapie, brakowało jej wiedzy i zrozumienia, lekarka bagatelizowała objawy, a mąż nie bardzo rozumiał, co się z nią dzieje i jak reagować. Dzisiaj sama chętnie zostałaby „mentorką od menopauzy” i mogłaby rozmawiać z kobietami o swoim doświadczeniu. 

Kiedy zaczęła się u Pani menopauza?

Pierwsze objawy pojawiły się dość wcześnie, miałam około 45 lat. Kilka lat wcześniej, po czterdziestce, poroniłam i czasem się zastanawiam, czy to mogło mieć jakiś związek z tym, że menopauza przyszła tak szybko. Nie wiem. Wtedy nikt takich rzeczy specjalnie nie analizował.

Zaczęłam tyć, pojawiły się poty, źle się czułam. Trwało to dwa, może trzy lata. I było nieprzyjemne również dlatego, że przecież w tym czasie normalnie pracowałam, musiałam być aktywna. Z zewnątrz wszystko toczy się tak jak wcześniej, a jednocześnie dzieje się z tobą coś, czego nie rozumiesz i co cię osłabia. To było bardzo wymagające.

Miała Pani poczucie, że to za wcześnie?

Tak. Trochę nie dowierzałam, nie byłam gotowa. Moje koleżanki nie przechodziły wtedy menopauzy, więc nawet nie bardzo miałam kogo zapytać: „Słuchaj, czy ty też tak masz?”. Z jednej strony czujesz, że coś się zmienia, z drugiej nie masz wokół siebie punktu odniesienia.

Kiedy te objawy minęły, zaczęłam czuć się naprawdę dobrze. Ale został mi też pewien żal: że to już, że jakiś etap się skończył wcześniej, niż się spodziewałam.

Poszła Pani wtedy do lekarza?

Tak, właściwie od razu, kiedy zauważyłam pierwsze oznaki. Ginekolożka przepisała mi hormony. Używałam plastrów, ale źle się po nich czułam, więc je odstawiłam.

Pamiętam, że kiedy powiedziałam jej, że zaczęłam bardzo tyć, odpowiedziała: „A ja przytyłam piętnaście kilo”. Tak, jakby to miało znaczyć, że każda tyje i że nie trzeba się martwić.  Takie było trochę podejście. O czym tu właściwie rozmawiać? Menopauza jest, trzeba ją przejść. O przeziębieniu też przecież specjalnie nie rozmawiasz.

Dzisiaj myślę, że przede wszystkim brakowało świadomości, że można sobie pomóc, że nie trzeba wszystkiego po prostu znosić i czekać, aż minie.

A z innymi kobietami rozmawiało się o menopauzie?

Nie. Z koleżankami właściwie o tym nie rozmawiałyśmy.

Z mamą też nie. Mama była bardzo zamknięta na takie tematy. To nie były rozmowy, które prowadziło się między matką i córką. Nie w naszej rodzinie w każdym razie.

Dzisiaj jest inaczej. Więcej się mówi, łatwiej znaleźć informacje. I chyba łatwiej powiedzieć drugiej kobiecie: „Słuchaj, coś się ze mną dzieje”.

A mąż wiedział, co się z Panią dzieje?

Nie sądzę. On też nie był na to przygotowany. Zmiany nastroju, moje samopoczucie, to wszystko było dla niego czymś niezrozumiałym.

Mocno poszedł wtedy w pracę, mało bywał w domu. Nie widział wielu rzeczy, które się ze mną działy. A kiedy był, miałam czasem wrażenie, że go irytuję, że jest na mnie zły. Nie czułam, żebym miała w nim oparcie.

I myślę, że pod tym względem aż tak wiele się nie zmieniło. Mężczyźni nadal niewiele wiedzą o menopauzie, a przecież edukacja partnerów czy całej rodziny mogłaby wszystkim bardzo ułatwić życie.

Pamięta Pani jakiś szczególnie trudny moment?

Raz zemdlałam w domu. Córka i mąż bardzo się przestraszyli. W tamtym czasie zaczęłam się też często krztusić. Może to jakiś nietypowy objaw menopauzy? [śmiech] Pewnie nie. Chociaż dzisiaj się słyszy, że tych nietypowych objawów może być bardzo dużo.

Wtedy myślało się właściwie o dwóch rzeczach: uderzeniach gorąca i tyciu.

Ja bardzo przytyłam. Zawsze miałam tendencję, żeby myśleć o sobie, że jestem za gruba, ale wtedy doszłam do momentu, w którym naprawdę nie mogłam na siebie patrzeć. A jednocześnie miałam w domu dojrzewającą córkę. Nie chciałam, żeby patrzyła na mnie i widziała kobietę, która tak bardzo męczy się ze swoim ciałem. Nie chciałam jej tego przekazywać. To był trudny czas.

Czuła się Pani samotna?

Wtedy chyba bym tak nie powiedziała. Nie miałam poczucia: „Brakuje mi grupy kobiet, z którymi mogłabym o tym porozmawiać”. Nie wiedziałam nawet, że czegoś takiego mogę potrzebować.

Dzisiaj, kiedy na to patrzę, widzę jednak, że wiele rzeczy przechodziłam sama. Po prostu tak wtedy było. Dlatego podoba mi się, że dzisiaj powstają miejsca, w których kobiety mogą ze sobą rozmawiać.

Mówi Pani, że dzisiaj dostęp do wiedzy jest zupełnie inny.

Ogromnie tego zazdroszczę dzisiejszym kobietom. Jestem tłumaczką, znam języki, mieszkałam za granicą, miałam dostęp do zagranicznej prasy. Teoretycznie byłam więc w uprzywilejowanej sytuacji, ale to nadal nie było tak jak dzisiaj. Nie mogłam wieczorem wpisać pytania do wyszukiwarki i po chwili czytać artykułów z różnych krajów, znaleźć badań albo posłuchać historii innych kobiet. Dzisiaj pierwszym źródłem jest pewnie Google. Można bardzo szybko znaleźć informacje, także w innych językach. Jest jedna rzecz, której internet nie zastąpi: rozmowa z żywym człowiekiem.

Co dałaby taka rozmowa?

Normalizację. Możliwość usłyszenia: „Tak, ja też przez to przechodziłam. To się zdarza. Możesz czuć się właśnie tak”. Niedawno byłam na spotkaniu z pisarką, która w pewnym momencie zupełnie otwarcie powiedziała o swojej menopauzie. I pomyślałam: jakie to jest dobre. Nie wstydzi się, po prostu o tym mówi i to w sytuacji służbowej. Właśnie tego chyba kiedyś najbardziej brakowało, większej otwartości i swobody.

Wspomniała Pani o pomyśle „mentorki od menopauzy”.

Tak. Bardzo mi się ten pomysł podoba. Sama mogłabym być taką osobą. Nie mam zahamowań, żeby o tym mówić. Oczywiście nie każdy chce rozmawiać o menopauzie i trzeba to uszanować. Ale jeśli ktoś chciałby zapytać, jak to było, co czułam, czego się bałam, chętnie opowiem.

Tylko pojawia się pytanie: gdzie takie rozmowy miałyby się odbywać? Jak stworzyć miejsce, w którym jedna kobieta może po prostu spotkać drugą?

Jaka powinna być dobra mentorka?

Przede wszystkim nie powinna mieć problemu z mówieniem o swoim doświadczeniu. Nie może też zagadać drugiej osoby. Nie chodzi o to, żeby powiedzieć: „Ja sobie świetnie poradziłam, zrobiłam tak i tak, więc ty też powinnaś”. Każda kobieta może przechodzić menopauzę inaczej. Mentorka powinna opowiedzieć swoją historię, ale zostawić miejsce na inne doświadczenie, inne emocje i inną wrażliwość. Może najważniejsze jest właśnie to, żeby być obok i umieć słuchać.

Gdyby mogła Pani wrócić do siebie z tamtego czasu i dać sobie jedną rzecz, co by to było?

Większa otwartość. Przekonanie, że można o tym mówić, można zapytać. Nie trzeba czekać, aż wszystko samo minie. Dzisiaj informacji jest nieporównanie więcej i bardzo dobrze, ale oprócz wiedzy potrzebujemy też zwyczajnej rozmowy. Czasami najlepiej usłyszeć od drugiej kobiety: „Ja też przez to przeszłam. Jeśli chcesz, możemy o tym porozmawiać”.

Rozmowa 6

Myślałam, że to trzeba po prostu wytrzymać  

Rozmawiamy z kobietą z małego miasta, która niedawno przeszła menopauzę. Długo nie wiedziała, że zmęczenie, problemy ze snem i dokuczliwe mrowienie i pieczenie skóry mogą mieć z nią związek. Kiedy poprosiła o pomoc lekarza pierwszego kontaktu, usłyszała, że „w tym wieku różne rzeczy się dzieją”. Dopiero własne poszukiwania i wizyta u ginekolożki w większym mieście pozwoliły jej lepiej zrozumieć, co dzieje się z jej ciałem. Dziś mówi, że menopauza zmieniła nie tylko jej sposób dbania o zdrowie. Zaczęła też zadawać sobie pytanie, dlaczego kobiety tak często uczone są, żeby zacisnąć zęby i nie robić wokół siebie zamieszania.

Jak zaczęła się u Pani menopauza?

Nie wiedziałam, że się zaczęła. Miesiączki jeszcze miałam, tylko trochę inaczej. Raz była, potem dwa miesiące nie, potem znowu. Myślałam: no dobrze, mam już swoje lata, pewnie tak ma być.

Byłam przede wszystkim bardzo zmęczona. Gorzej spałam. Budziłam się nad ranem i już nie mogłam zasnąć, ale człowiek zawsze sobie coś wytłumaczy. Praca, dom, nerwy. Mąż chrapie, więc nawet jego obwiniałam. [śmiech]

Był jakiś objaw, który szczególnie Pani dokuczał?

Skóra. To było najgorsze, bo zupełnie nie wiedziałam, co się dzieje. Miałam takie pieczenie i mrowienie, głównie na rękach i nogach. Czasami wrażenie, jakby coś po mnie chodziło. Nie było żadnej wysypki. Najgorzej wieczorem. Kładłam się do łóżka i wszystko mnie drażniło. Piżama, kołdra. Smarowałam się różnymi kremami, zmieniałam proszek do prania. Nic. Bałam się, że to coś neurologicznego albo że mam jakąś poważną chorobę.

Poszła Pani z tym do lekarza?

Do naszego lekarza rodzinnego. Powiedziałam o skórze, o zmęczeniu, o tym, że źle śpię. Powiedziałam też, że miesiączki mi się zmieniły. Usłyszałam mniej więcej, że „w tym wieku różne rzeczy się dzieją”. Że może stres. Żebym brała magnez i więcej odpoczywała.

Zlecił jakieś badania?

Nie. Nawet o nie nie poprosiłam. Nie wiedziałam, że mogę i o jakie prosić. To też trochę nie wypada lekarza prosić, przecież on powinien wiedzieć, co zlecić.  Dzisiaj myślę, że bym zapytała: a może jednak warto coś sprawdzić? Ale wtedy lekarz powiedział, że nic takiego się nie dzieje, więc pomyślałam: dobrze, widocznie przesadzam. Lekarz jest lekarzem. U nas człowiek raczej nie dyskutuje.

Jak długo się Pani z tym męczyła?

Długo. Kilkanaście miesięcy na pewno. Raz było lepiej, raz gorzej. Doszły takie momenty, że nagle robiło mi się gorąco, ale ja nawet tego nie nazywałam uderzeniami gorąca. Myślałam, że mam za ciepłą kurtkę albo że za szybko weszłam po schodach. Najgorsze było to, że zaczęłam się czuć jakaś nie taka. Zmęczona, rozdrażniona. Mniej rzeczy mnie cieszyło. A potem miałam wyrzuty sumienia, bo przecież wszystko było w porządku. Mąż, dom, dziecko zdrowe. Myślałam: czego ty właściwie chcesz?

Rozmawiała Pani o tym z innymi kobietami?

Niespecjalnie. Szczerze mówiąc, to u nas o takich rzeczach się nie rozmawia. Można powiedzieć, że boli kręgosłup albo że ma się ciśnienie, ale żeby mówić, że nie śpisz, że jesteś wściekła bez powodu, ale że miesiączka ci wariuje? Jakoś nie. O menopauzie mówi się czasem żartem. Że którejś „odbiło”, bo ma klimakterium. To nie było coś, o czym siadasz z koleżanką przy kawie i normalnie rozmawiasz.

Co sprawiło, że zaczęła Pani szukać informacji sama?

Któregoś dnia wpisałam w internecie kilka rzeczy naraz: brak miesiączki, bezsenność, pieczenie skóry, zmęczenie. I wyskoczyła mi perimenopauza. Zaczęłam czytać i byłam w szoku. Pomyślałam: przecież ja mam połowę z tego. Tylko też nie wiedziałam, czemu wierzyć. Jedna strona mówiła jedno, druga coś zupełnie innego. Zaczęłam szukać na stronach medycznych.

Szukała Pani też książek?

Tak, ale to było dla mnie dziwnie trudne. Mamy bibliotekę i znam panie, które tam pracują. W małym mieście wszyscy się znają. Pomyślałam sobie nawet, że pójdę i zapytam o książkę o menopauzie, a potem zrezygnowałam. Głupie, prawda? Dorosła kobieta, a boi się zapytać o książkę, ale trochę tak myślałam: jedna pani powie drugiej, potem ktoś zapyta, co mi jest. Wiadomo, ściany mają uszy.

Co Pani zrobiła?

Znalazłam ginekolożkę w większym mieście. Koleżanka dała mi namiar. Wsiadłam w samochód i pojechałam. I to było zupełnie inne doświadczenie. Pierwszy raz ktoś mnie wypytał o wszystko. Nie tylko o miesiączkę. O sen, samopoczucie, skórę, wagę, ruch, co jem. Dostałam zalecenia dotyczące badań i mogłam spokojnie porozmawiać o tym, co może być związane z menopauzą, a co trzeba sprawdzić osobno. Najważniejsze było chyba to, że ktoś potraktował mnie poważnie.

Zaczęła Pani wtedy zmieniać swój sposób życia?

Tak. I to było dla mnie dużo nowości. Zawsze uważałam, że jem normalnie. Ziemniaki, mięso, surówka, kanapki. Jak człowiek całe życie tak jadł, to nie zastanawia się, czy ma w każdym posiłku białko albo ile je warzyw. Zaczęłam czytać etykiety. Jeść więcej warzyw, strączków, ryb. Mniej słodyczy. Zwracać uwagę na białko. Pierwszy raz kupiłam soczewicę. [śmiech] Zaczęłam też więcej chodzić. Nie jakieś wielkie sporty. Po prostu regularny spacer, czasem ćwiczenia w domu.

Jak reagował mąż?

Na początku się śmiał. Jak zobaczył soczewicę, to zapytał, czy teraz będziemy jeść karmę dla ptaków. [śmiech] Ale jak zobaczył, że lepiej się czuję, to i sam zaczął trochę inaczej jeść. Myślę, że dla niego menopauza wcześniej właściwie nie istniała. Tak samo jak dla mnie. Wiedział, że kobieta w pewnym wieku przestaje miesiączkować i tyle.

Czy rozmawialiście o tym, co Pani przechodzi?

Z czasem tak. Na początku nie. Myślę, że ja sama uważałam, że nie powinnam robić z tego problemu. W domu zawsze było tak, że kobieta ogarnia. Moja mama taka była. Babcia taka była. Jak źle się czuły, to i tak obiad był zrobiony. Ja też tak funkcjonowałam.

Coś się pod tym względem zmieniło?

Trochę. Nie zrobiłam żadnej rewolucji. [śmiech] Dalej jestem tą samą osobą. Mam męża, rodzinę, chodzę do kościoła. To jest moje życie i nie chcę go wyrzucać do kosza. Ale zaczęłam się zastanawiać, dlaczego zawsze pierwsze pytanie brzmi: „Co trzeba zrobić?”, a nie: „Jak ja się czuję?”. Dlaczego jak jestem zmęczona, to mam się bardziej postarać? Dlaczego kobieta ma wszystko wytrzymać? Kiedyś powiedziałabym, że taka już jest rola kobiety. Dzisiaj nie jestem tego taka pewna.

Wiara była dla Pani ważna w tym okresie?

Tak. Jest ważna przez całe moje życie. Modlitwa mi pomagała, szczególnie kiedy bałam się, że dzieje się ze mną coś poważnego. Dzisiaj też inaczej myślę o dbaniu o siebie. Kiedyś miałam trochę takie przekonanie, że trzeba przyjąć to, co przychodzi, i nie narzekać. Teraz myślę: można przyjąć, że coś jest częścią życia, i jednocześnie szukać pomocy. Jedno drugiego nie wyklucza.

Jak dzisiaj patrzy Pani na menopauzę?

Przede wszystkim jako na coś naturalnego. Ale „naturalne” nie znaczy, że mamy cierpieć i siedzieć cicho. Poród też jest naturalny, a przecież kobieta dostaje opiekę. To dlaczego tutaj ma sobie sama wszystko znaleźć?

Czy uważa Pani, że kobiety mają wystarczająco dużo wiedzy?

Nie. Szczególnie w takich miejscach jak nasze. Internet dużo zmienił, bo można coś znaleźć samemu. Ale trzeba wiedzieć, czego szukać. Ja przez długi czas nawet nie wiedziałam, że moje problemy mogą mieć coś wspólnego z menopauzą. I nie każda kobieta pojedzie do większego miasta do lekarza. Trzeba mieć samochód albo autobus, pieniądze na wizytę, czas. Trzeba też w ogóle wiedzieć, że warto pojechać.

A gdzie ta wiedza powinna być dostępna?

W przychodni. To dla mnie oczywiste. Nie gdzieś schowana, tylko tak, żeby każda kobieta mogła ją wziąć. W bibliotece też fajny pomysł. I może właśnie tak, żeby nie trzeba było pytać pani bibliotekarki: „Czy ma pani coś o menopauzie?”. Żeby książki albo materiały po prostu stały w widocznym miejscu. Można by robić spotkania. Nie tylko w dużych miastach.

Poszłaby Pani na takie spotkanie?

Dzisiaj tak. Kiedyś pewnie nie. Bałabym się, że ktoś zobaczy. Że zaraz będzie wiadomo, kto przyszedł na spotkanie o menopauzie. Ale właśnie dlatego trzeba takie rzeczy robić. Im więcej kobiet przyjdzie, tym mniej będzie w tym czegoś wstydliwego.

A spotkanie dla kobiet i ich partnerów?

Też. Mężczyźni naprawdę niewiele wiedzą. Mój mąż nie był złośliwy. On po prostu nie miał pojęcia. Może gdyby ktoś mu wcześniej powiedział, co może się dziać, łatwiej byłoby nam obojgu.

Jaka powinna być osoba, która rozmawia z kobietami o menopauzie?

Taka, przy której nie będziesz się czuła głupio. To jest dla mnie najważniejsze. Może być lekarka, pielęgniarka, położna, ktoś dobrze przygotowany, ale musi umieć słuchać i nie może mówić: „Taki wiek”, bo właśnie przez takie „taki wiek” ja straciłam ponad rok.

Gdyby mogła Pani coś zmienić dla kobiet, które dopiero wejdą w perimenopauzę, co by to było?

Chciałabym, żeby żadna kobieta nie musiała najpierw sama odkrywać, co się z nią dzieje.

Żeby wiedza była dostępna niezależnie od tego, czy mieszkasz w Warszawie, czy w małym mieście. Żeby można było powiedzieć „mam menopauzę” tak samo normalnie, jak mówi się „mam migrenę”. I żebyśmy same między sobą więcej rozmawiały.

Co powiedziałaby Pani sobie sprzed kilku lat?

Nie czekaj. Nie wstydź się. Pytaj. Jeżeli czujesz, że coś jest nie tak, to fakt, że ktoś powiedział ci „taki wiek”, nie znaczy, że masz wrócić do domu i cierpieć.

A jednym zdaniem: czego nauczyła Panią menopauza?

Że dbanie o siebie to nie egoizm. I że nie wszystko, co kobiety znosiły przed nami w milczeniu, my też musimy znosić.

Rozmowa 7

Czasem wsparcia można szukać wśród obcych 

Rozmawiamy z kobietą, która przez większość dorosłego życia sama wychowywała syna. Kiedy zaczęła przechodzić menopauzę, on wyjechał na studia, a ona po raz pierwszy od wielu lat została sama. Pracowała jako nauczycielka plastyki, jest malarką. Szukając dla siebie nowego miejsca, trafiła na krąg kobiet. Dziś mówi, że właśnie wtedy odkryła rodzaj kobiecej wspólnoty, którego wcześniej nie znała. Zachwyca ją, że o menopauzie mówi się coraz więcej, sama chętnie dzieli się swoim doświadczeniem i uważa, że wiedza o niej powinna docierać także do młodych ludzi.

Jak pamięta Pani początek menopauzy?

To był dość szczególny moment, bo właściwie dwie rzeczy wydarzyły się jednocześnie. Zaczęła się menopauza i mniej więcej wtedy mój syn wyjechał na studia do innego miasta.

Urodziłam go młodo, miałam 21 lat. Praktycznie od początku wychowywałam go sama. Przez całe dorosłe życie byłam więc przede wszystkim matką. Oczywiście pracowałam, malowałam, miałam znajomych, ale zawsze gdzieś z tyłu było dziecko. Trzeba zrobić zakupy, ugotować, pamiętać, gdzie jest, o której wróci. I nagle tego nie było.

Co było trudniejsze menopauza czy wyprowadzka syna?

Nie wiem, czy potrafię to rozdzielić. Pamiętam, że byłam bardzo emocjonalna. Potrafiłam się rozpłakać z zupełnie błahego powodu. Gorzej spałam. Miałam uderzenia gorąca, ale nie były jakoś strasznie dokuczliwe. Bardziej męczyło mnie takie poczucie pustki. Tylko do dziś nie wiem, ile w tym było hormonów, a ile tego, że wracałam do pustego mieszkania. Przez tyle lat narzekałam, że wszystko jest na mojej głowie. A potem nagle nikt niczego ode mnie nie chciał. I wcale nie było mi z tym dobrze.

Wiedziała Pani, że może to być związane z perimenopauzą?

Trochę wiedziałam. Mieszkam w dużym mieście, miałam dostęp do lekarzy, do internetu. Koleżanki też zaczynały o tym rozmawiać. Tylko wiedzieć, że istnieją uderzenia gorąca, a rozumieć, co się z tobą dzieje, to dwie różne rzeczy. Ja na przykład zupełnie nie byłam przygotowana na emocje. Myślałam, że menopauza to koniec miesiączki, gorąco i może trochę tycia. Nie wiedziałam, że mogę nagle czuć się tak… jakby to nazwać? Krucha.

Z kim Pani wtedy o tym rozmawiała?

Na początku właściwie z nikim. Syn miał swoje nowe życie i bardzo nie chciałam go obciążać. Myślałam: pojechał na studia, ma się ode mnie odklejać, a nie martwić, że matka siedzi sama w domu i płacze. Z koleżankami rozmawiałyśmy, ale zwykle trochę żartem. Która nie śpi, która się poci, która nie pamięta, po co weszła do pokoju. To pomagało, ale czułam, że potrzebuję czegoś więcej.

I co Pani pomogło?

Trafiłam na krąg kobiet. Zupełnie przez przypadek, zobaczyłam informację o spotkaniu i bardzo długo się zastanawiałam, czy pójść. Samo określenie „krąg kobiet” trochę mnie śmieszyło. Kojarzyło mi się z czymś nie dla mnie, ale poszłam. Pamiętam pierwsze zdziwienie: siedzą kobiety, których właściwie nic nie łączy. Różny wiek, zawody, historie. Nie jesteśmy koleżankami z pracy, nie mamy dzieci w tej samej klasie, nie znamy się ze studiów. Nie musimy nawet mieć podobnych poglądów, a jednak możemy ze sobą być.

Co było w tym dla Pani nowe?

Chyba właśnie to, że nie trzeba było mieć żadnego zadania. Ja przez większość życia byłam w relacjach, w których coś robiłam. Jako matka opiekowałam się synem. Jako nauczycielka zajmowałam się uczniami. W szkole zawsze trzeba było coś przygotować, rozwiązać, zorganizować, a tutaj nikt niczego ode mnie nie chciał. Mogłam powiedzieć, że jest mi źle, i nikt od razu nie próbował tego naprawiać. To było bardzo uwalniające.

Rozmawiałyście o menopauzie?

Tak, chociaż nie tylko. I chyba dlatego to było też dobre. Menopauza nie była jakąś chorobą, z którą wszystkie przyszłyśmy na terapię. Była jedną z rzeczy, które wydarzały się w naszym życiu. Obok dzieci, rodziców, pracy, rozwodów, miłości, samotności, seksu, pieniędzy. Pierwszy raz zobaczyłam to w takim kontekście.

Chodzi Pani na kręgi do dzisiaj?

Tak. Nie zawsze do tej samej grupy, ale zostało mi to. Mam też teraz więcej bliskich relacji z kobietami. Kiedyś miałam koleżanki, oczywiście, ale chyba nie doceniałam kobiecej przyjaźni. Całe życie byłam bardzo samodzielna. Musiałam być. Dzisiaj już nie uważam, że samodzielność oznacza, że wszystko trzeba robić samej.

Czy menopauza zmieniła Pani relację z synem?

Myślę, że tak, ale bardziej jego wyprowadzka niż sama menopauza. Musiałam nauczyć się nie być mu cały czas potrzebna. To było trudne. Jak samotnie wychowujesz dziecko, to ta więź jest bardzo silna. Przez wiele lat byliśmy trochę takim dwuosobowym zespołem.

Musiałam zobaczyć, że jego dorosłość nie oznacza mojego końca, że nie jestem tylko matką. 

Teraz, jak o tym myślę, to widzę, że menopauza postawiła przede mną podobne pytanie: skoro kończy się jedna rola mojego ciała, to co jest dalej? Dzięki tym spotkaniom kobiecym odkryłam, że bardzo dużo.

Jest Pani malarką. Czy ten czas wpłynął na Pani twórczość?

Tak. Zaczęłam znowu więcej malować, ale inaczej, niż wcześniej, bo bardziej dla siebie. Pracowałam jako nauczycielka plastyki, więc przez lata moja kreatywność była trochę podporządkowana pracy. Przygotowywałam zajęcia, pomagałam dzieciakom, robiłam dekoracje, organizowałam wystawy. Twórczość cały czas była obecna, ale często dla kogoś. Kiedy syn wyjechał, nagle pojawiła się przestrzeń. Najpierw była pustką. Potem zaczęła być pracownią. To jest dla mnie ważna różnica.

Jak dziś patrzy Pani na menopauzę?

Znacznie szerzej niż wtedy. Oczywiście to jest zmiana biologiczna, ale u mnie zbiegła się z ogromną zmianą życiową. Skończył się pewien rodzaj macierzyństwa. Zaczęłam inaczej myśleć o pracy. Zobaczyłam, że jestem już w innym miejscu życia. Nie powiedziałabym, że menopauza zrobiła ze mnie nową osobę, ale zmusiła mnie trochę do zadania sobie pytania: no dobrze, a teraz co z tobą?

Jak dzisiaj Pani ocenia stan wiedzy o to, jak mówi się o menopauzie?

Jestem tym zachwycona. Naprawdę. Czasami otwieram gazetę albo internet i myślę: gdzie to wszystko było, kiedy ja zaczynałam? Oczywiście czasem jest tego za dużo, czasem robi się z menopauzy kolejny rynek, na którym można kobietom sprzedać piętnaście suplementów i specjalny krem. Ale wolę to niż ciszę. Najważniejsze jest dla mnie to, że kobieta może wpisać „menopauza” i znaleźć nie tylko listę objawów, ale też inne kobiety.

Sama rozmawia Pani o tym z koleżankami?

Bardzo dużo. Chyba stałam się trochę taką osobą, do której można zadzwonić. [śmiech] Koleżanka mówi: „Słuchaj, od trzech miesięcy nie śpię”, a ja od razu pytam: „A ile masz lat? Co się jeszcze dzieje? Byłaś u ginekologa?”. Nie diagnozuję nikogo. Po prostu mówię: sprawdź, poczytaj, porozmawiaj z lekarzem. Nie zakładaj od razu, że zwariowałaś albo że musisz to przeczekać.

Jaka powinna być osoba, która wspiera inne kobiety w menopauzie?

Nie powinna mówić im, jak mają przechodzić menopauzę.

To jest coś, czego nauczyłam się na kręgach. Można dać komuś swoją historię, ale nie jako instrukcję. Potrzebna jest wiedza, oczywiście, ale też umiejętność słuchania i ciekawość drugiej osoby. Jedna kobieta będzie potrzebowała lekarza, druga rozmowy, trzecia obu tych rzeczy.

Jako była nauczycielka chciałaby Pani, żeby o menopauzie mówiło się także w szkołach?

Bardzo. I nie tylko dziewczynkom. Chłopcom też. Uczymy dzieci o dojrzewaniu, menstruacji, rozmnażaniu. A potem historia ludzkiego ciała jakby się urywa. Jakby po trzydziestce już nic ciekawego biologicznie się nie wydarzało. Przecież każde dziecko ma albo będzie miało wokół siebie kobiety w menopauzie. Mamę, nauczycielkę, ciocię, partnerkę. Dlaczego miałoby nic o tym nie wiedzieć?

Jak można byłoby o tym mówić dzieciom?

Normalnie. Adekwatnie do wieku. Nie trzeba dziesięciolatkom robić wykładu o hormonach. Wystarczy pokazać, że ciało człowieka zmienia się przez całe życie. Jest dzieciństwo, dojrzewanie, dorosłość, starzenie. Menstruacja kiedyś się zaczyna i kiedyś się kończy.

Jako nauczycielka plastyki widzę też ogromną przestrzeń do rozmowy przez sztukę. Jak pokazujemy wiek? Jak rysujemy kobiety? Dlaczego kobieta na obrazku jest albo młoda, albo od razu jest babcią? Gdzie jest cała reszta?

Czy uważa Pani, że menopauza nadal jest tematem tabu?

Coraz mniej, ale jeszcze jest wstyd. Szczególnie wokół ciała, seksualności, zmian wyglądu. I nadal mamy takie określenia jak „klimakteryczna baba”. To przecież nie jest neutralne. Dlatego ja lubię rozmawiać o menopauzie zwyczajnie. Nie szeptem i nie tylko w gabinecie ginekologicznym.

Gdyby mogła Pani coś zmienić dla kolejnego pokolenia kobiet, co by to było?

Chciałabym, żeby wiedziały wcześniej. Żeby czterdziestoletnia kobieta nie dowiadywała się o perimenopauzie dopiero wtedy, kiedy przestaje spać albo zaczyna się źle czuć. I chciałabym, żebyśmy budowały więcej miejsc, gdzie kobiety mogą ze sobą rozmawiać. Nie dlatego, że wszystkie jesteśmy takie same. Właśnie dlatego, że nie jesteśmy.

Co powiedziałaby Pani kobiecie, która właśnie zaczyna przechodzić menopauzę?

Żeby była ciekawa tego, co się z nią dzieje, zamiast od razu się tego bać. Żeby szukała wiedzy i pomocy, jeśli jej potrzebuje, ale też żeby rozejrzała się za innymi kobietami.

Ja bardzo długo myślałam, że siła polega na tym, że radzę sobie sama. Dzisiaj powiedziałabym, że siłą jest również umieć powiedzieć: potrzebuję was.

A gdyby miała Pani podsumować swoje doświadczenie jednym zdaniem?

Myślałam, że zostaję sama, bo moje dziecko odchodzi z domu, a odkryłam, że może się pojawić zupełnie nowy rodzaj wspólnoty. Menopauza może nas połączyć. 

Rozmowa 8

To nie wyścigi, które musisz wygrać 

Rozmawiamy z kobietą prowadzącą własny, dobrze prosperujący biznes, która przez większość dorosłego życia była główną osobą utrzymującą rodzinę. Przyzwyczajona do niezależności, działania i radzenia sobie w każdej sytuacji, nie była przygotowana na doświadczenie własnej słabości. Menopauza ją złościła: Przełomem okazała się rozmowa z ciotką, która powiedziała jej: „Może nie musisz z tym wygrać”. Dziś uczy się czegoś, co przez większość życia było jej obce - odpuszczania, odpoczynku i słuchania własnego ciała.

Jak pamięta Pani początek menopauzy?

Byłam często zła, dużo się złościłam. Pamiętam irytację. To jest pierwsze, co mi przychodzi do głowy. Najpierw zaczęłam gorzej spać. Potem zdarzało mi się zapominać rzeczy. Wchodziłam na zaplecze i nie pamiętałam, po co przyszłam. Ktoś coś do mnie mówił, telefon dzwonił, klientka czekała, pracownica o coś pytała i nagle miałam wrażenie, że mózg mi się zawiesza. Strasznie mnie to denerwowało.

Bała się Pani, że dzieje się coś poważnego?

Trochę tak, ale bardziej byłam wściekła. Całe życie miałam bardzo dobrą pamięć. Pamiętałam klientki, rozmiary, dostawy, ceny, kto za co zapłacił. Prowadzę butik, więc cały czas masz w głowie tysiąc drobiazgów.Nagle zaczęłam zapisywać rzeczy, których wcześniej nie musiałam zapisywać.I zamiast pomyśleć: „Potrzebuję trochę wsparcia”, myślałam: „Co jest z tobą nie tak? Weź się w garść”.

Co jeszcze się zmieniło?

Energia. To było dla mnie chyba najtrudniejsze.Zawsze byłam osobą, która może dużo. Praca, dom, dziecko, zakupy, dostawy – nieważne. Jak trzeba było coś zrobić, to się robiło.

A tu nagle po południu czułam, że nie mam siły. Pamiętam, że siadałam na chwilę w sklepie i byłam na siebie wściekła, że siedzę.

Dlaczego?

Bo w mojej głowie właścicielka nie siedzi. Właścicielka widzi wszystko, wie wszystko, jest pierwsza, kiedy jest problem. Szczególnie kiedy masz swój biznes w niedużym mieście. Ludzie cię znają. Klientki cię znają. Konkurencja cię zna. Miałam takie poczucie, że jak pokażę słabość, to ktoś zaraz ją wyczuje.

Kto?

Nie wiem. Wszyscy. [śmiech] Dzisiaj słyszę, jakie to jest absurdalne, ale wtedy naprawdę tak myślałam. Że pracownice zobaczą, że nie ogarniam. Klientki zauważą. Ktoś coś powie. W małym mieście ludzie wiedzą, komu idzie dobrze, komu gorzej. Ja zawsze chciałam być tą, której idzie dobrze.

Od dawna utrzymywała Pani rodzinę?

W zasadzie od zawsze to ja zarabiałam więcej. I nigdy nie miałam z tym problemu.

Lubię pracować. Lubię swój sklep. Zbudowałam go właściwie od zera i jestem z tego dumna. Córka na studiach, więc teoretycznie miało być łatwiej. A ja właśnie wtedy poczułam, że moje ciało zaczyna stawiać mi jakieś warunki.

Pierwszy raz tak się Pani poczuła ze swoim ciałem?

Tak, nawet urodzenie dziecka mnie tak nie zatrzymało, a może nawet cofnęło. Po porodzie oczywiście byłam zmęczona, wszystko było podporządkowane dziecku, ale wiedziałam, dlaczego jestem zmęczona. Było dziecko, trzeba było się nim zająć. Był konkretny powód. I cel, było do czego się starać i wysilać. I przede wszystkim jednak nadal czułam, że to ja tym wszystkim zarządzam. Przy menopauzie nie czułam, że czymkolwiek zarządzam. Spałam źle, chociaż chciałam spać. Zapominałam, chociaż chciałam pamiętać. Nie miałam energii, chociaż miałam rzeczy do zrobienia. To doprowadzało mnie do szału.

Szukała Pani pomocy?

Oczywiście. To jest właśnie bardzo moje: jest problem, szukamy rozwiązania. Znalazłam lekarza. Zrobiłam badania. Zdecydowałam się na HTZ. Poszłam do dietetyczki i ustawiłam sobie jedzenie. Zaczęłam bardziej pilnować białka, warzyw, regularnych posiłków. Miałam plan.

Pomogło?

Tak. Oczywiście, że pomogło. Lepiej spałam, część objawów się uspokoiła, miałam więcej energii. Tylko że nadal byłam wkurzona, bo chciałam wrócić do siebie sprzed menopauzy. No właśnie po dziecku mi się udało, nie czułam się wtedy źle, a tu się wszystko rozjeżdżało, nawet mimo planu, niczego nie kontrolowałam. Jazda bez trzymanki. Chciałam zrobić wszystko prawidłowo, żeby odzyskać swoje ciało, ale ono miało jakiś inny plan. 

Był jakiś moment, który szczególnie Pani zapamiętała?

Rozmowa z moją ciotką. Właściwie nie jesteśmy jakoś bardzo blisko. Spotykamy się przy okazji rodzinnych rzeczy. Ona jest dużo starsza ode mnie. I któregoś razu zapytała: „A ty co taka napięta jesteś?”. Powiedziałam jej, że jestem zmęczona, że mnie to wszystko wkurza. Że robię wszystko, co powinnam: lekarz, hormony, dieta i nadal nie jestem taka jak wcześniej. I ona powiedziała: „A dlaczego ty chcesz z tym wygrać?”.

Co Pani wtedy pomyślała?

Że mnie nie rozumie. [śmiech] Powiedziałam: „Jak to dlaczego? Mam się poddać?”. A ona na to: „Może właśnie trochę tak”. Powiedziała coś w rodzaju: całe życie płyniesz pod prąd, bo wiesz, dokąd chcesz dopłynąć. A teraz może spróbuj zobaczyć, dokąd cię poniesie. To było dla mnie strasznie irytujące zdanie. Dużo o tym myślałam i jak je sobie zapamiętałam!

Co znaczyło dla Pani „poddać się”?

Na początku myślałam, że to znaczy przegrać. Ja nie jestem osobą, która się poddaje. Nie miałabym firmy, gdybym była. Potem zaczęłam rozumieć, że może chodzi o coś innego. Nie o to, żeby przestać o siebie dbać albo nie szukać leczenia. Tylko żeby przestać codziennie sprawdzać, czy już znowu jestem taka wydajna jak dawniej.

To coś zmieniło?

Tak to czuję, chociaż nie chcę mówić, że wystarczy zaakceptować menopauzę i objawy znikają. To nie tak. Nadal korzystałam z leczenia. Nadal pilnowałam jedzenia, ale przestałam być cały czas spięta i taka przeciwko sobie. Jak źle spałam, to następnego dnia nie próbowałam udowodnić, że mogę pracować dwanaście godzin. Jak czegoś zapomniałam, zapisywałam to zamiast się wyzywać. I z czasem rzeczywiście zaczęłam się lepiej czuć.

Czy menopauza zmieniła sposób, w jaki prowadziła Pani firmę?

Trochę. Nadal jestem wymagająca. Nadal lubię, jak rzeczy są dobrze zrobione. Nie stałam się nagle innym człowiekiem. Ale zaczęłam więcej oddawać pracownicom. Kiedyś wszystko musiałam sama sprawdzić trzy razy. Teraz widzę, że część rzeczy naprawdę może wydarzyć się beze mnie. To jest bardzo trudne i bardzo przyjemne jednocześnie.

A rodzina zauważyła tę zmianę?

Córka chyba najbardziej. Kiedyś powiedziała mi: „Mamo, ty pierwszy raz odpoczywasz, zanim wszystko zrobisz”. Bo wcześniej odpoczynek był nagrodą. Najpierw wszystko ma być zrobione, a potem można usiąść. Tylko że przy własnym biznesie wszystko nigdy nie jest zrobione. W sumie fajnie, że to zauważyła. Ona ma inny stosunek do pracy i odpoczynku. 

Czym się różni Pani stosunek do odpoczynku od córki?

Córka potrafi powiedzieć: „Dzisiaj nie mogę, potrzebuję odpocząć”. I dla niej to jest pełne zdanie. Ja w jej wieku musiałabym mieć gorączkę, żeby uznać, że mam prawo zwolnić. Czasem mnie to w niej drażni. [śmiech] Myślę sobie: Boże, weź się trochę spręż. A potem myślę: może to ona ma rację?

Jak dziś patrzy Pani na swoją siłę?

Inaczej. Kiedyś siła oznaczała dla mnie, że mogę dużo unieść, że nie potrzebuję pomocy, że nawet jeśli jest trudno, to nikt tego po mnie nie zobaczy. Teraz myślę, że siłą może być też wiedzieć, kiedy nie brać kolejnej rzeczy na siebie. To jest dużo trudniejsze, niż brzmi.

Czy rozmawia Pani o menopauzie z innymi kobietami?

Tak. Szczególnie z klientkami, bo w sklepie takie rozmowy pojawiają się zupełnie naturalnie.

Kobieta przymierza spodnie i mówi: „Jezu, co się stało z moim brzuchem?”. Albo że nagle nic na nią nie pasuje. Kiedyś odpowiedziałabym po prostu: przyniosę inny fason. Teraz czasem pytam: „A może jesteś w menopauzie?”. I nagle zaczyna się rozmowa. Mam klientki, które przychodzą i są na siebie wściekłe. Mówią: „Muszę schudnąć”, „wyglądam okropnie”, „co się ze mną stało?”. Ja to świetnie rozumiem, bo robiłam dokładnie to samo. Dzisiaj bardziej myślę: ciało się zmieniło. To może znajdźmy ubranie dla tego ciała, zamiast cały czas żądać od niego, żeby było poprzednim.

Jest Pani trochę takim wsparciem dla tych kobiet. A jaka powinna być osoba, która chciałaby wspierać systematycznie kobiety w menopauzie?

Nie może mówić kobiecie: „Musisz zaakceptować siebie”. Ja bym kogoś udusiła, gdyby mi to powiedział pięć lat temu. [śmiech] Najpierw trzeba uznać, że ona może być naprawdę wściekła, że może nie chcieć tej zmiany. Może chcieć swojego dawnego ciała, energii, pamięci. Dopiero potem można jej pokazać możliwości: dobrego lekarza, leczenie, ruch, jedzenie. I może też to, że nie wszystko trzeba naprawiać.

Co chciałaby Pani powiedzieć kobiecie, która wchodzi w menopauzę?

Zrób badania. Znajdź lekarza, któremu ufasz. Sprawdź, co możesz zrobić dla swojego ciała. Ale nie rób z menopauzy kolejnego projektu do perfekcyjnego wykonania. Bo ja właśnie to zrobiłam.

A czego nauczyła Panią menopauza?

Że moje ciało nie jest moim pracownikiem. Nie musi wykonywać wszystkich poleceń, które mu wydaję.